💜 Nasza historia 💜
Cześć, nazywam się Magda i jestem mamą Julki, która na świat przyszła w 32 tc, dosłownie mieszcząc się na dłoni (1 115 gramów).

Szok i ogromny strach, które przeżyłam w związku z przedwczesnym porodem, odcisnął na mnie ogromne piętno — na wiele miesięcy (a może nawet lat), wprowadził mnie w silny stan zamrożenia, w którym niewiele czułam, działałam jak automat, pełna napięcia, strachu i niepokoju.
Chciałam karmić piersią. Przygotowywałam się do tego przez całą (choć krótką) ciąże. Ta jedna myśli, zakorzeniona gdzieś głęboko w mojej podświadomości, przebijała się do mojej otumanionej przez leki, ból i strach – głowy.
– „Powinna pani spróbować odciągnąć trochę mleka dla córki — to dla niej teraz bardzo ważne” – usłyszałam po przyjeździe na salę pooperacyjną. Ale jak? – pomyślałam. Przecież mleko leci wtedy, kiedy dziecko ssie pierś, a ja nie mam dziecka przy sobie? Co z nią? Gdzie ona jest? Kiedy będę mogła przystawić ją do piersi? Miałam miliony pytań, o większości z nich byłam w stanie jedynie pomyśleć, tak bardzo nie miałam siły mówić. Odpowiedzi uzyskałam bardzo niewiele, bardzo szczątkowe, żadnych pozytywnych zapewnień.
Leki nadal działały, strach i emocje utrudniały mi myślenie, a ja miałam nakarmić córkę swoim mlekiem — nie mając pojęcia skąd je wziąć. O odciąganiu mleka wiedziałam tylko tyle — że są mamy, które w ten sposób karmią. O KPI (karmienie piersią inaczej) – nie wiedziałam nic. O wcześniakach — nie wiedziałam nic.
Mąż pobiegł do sklepu po ręczny laktator (taki na początek poleciły mi pielęgniarki — zanim sama się nie rozeznam i nie poszukam czegoś odpowiedniejszego). A w mojej głowie wciąż tłukło się pytanie — jak mam wydobyć z siebie mleko, skoro to jest dopiero 32 tc a ja nie mam dziecka przy sobie? Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego — co potrafi ciało matki. Co potrafi miłość. I jak bardzo magiczne może być macierzyństwo (choć w naszym wypadku ta magia przeplatała się z ogromnym strachem, stresem i bólem, to i tak było ją widać).
Po kilku minutach odciągania mleka — pojawiły się pierwsze kropelki! Pierwsze kropelki siary — najcenniejszego z najcenniejszych pokarmów. Mój mąż do dzisiaj wspomina, jak wyglądałam, przeżywając największy szok mojego życia, równocześnie z radością.

Cieszyłam się z tych kilku kropelek, pielęgniarki zapewniały, że to wystarczy. Presja przyszła później.
Z uwagi na komplikacje (moje i córki) – po raz pierwszy zobaczyłam ją po około 30 godzinach od porodu. Nie mogłam jej wziąć na ręce (była naświetlana z powodu żółtaczki), nie mogłam jej dotknąć. Mogłam jedynie biernie obserwować mojego okruszka, podłączonego do miliona kabelków i pikających ekranów, przez szybki inkubatora.
Widok tak małego, bezbronnego ciałka, „obleczonego” jedynie w skórę, bez grama tłuszczyku — tak bardzo niepodobnego do pulchnych, różowych noworodków, które widziałam dotychczas — był dla mnie ogromnym szokiem. Pobyt na OION, spotkanie z córeczką, której nie mogłam przytulić, ani w żaden sposób jej pomóc, a następnie powrót do sali szpitalnej, na której leżały mamy ze swoimi dziećmi — a tylko ja nie miałam maleństwa przy sobie, był dla mnie tak ekstremalnie trudny i tak emocjonujący, że stał się tym momentem — w którym mój mózg zrobił to, co powinien, żeby się nie przegrzać lub nie eksplodować. Odciął mnie od jakiegokolwiek czucia, wprowadzając mnie w tryb zamrożenia.


Od tego momentu minęło ponad 6 lat, a ja po tym czasie myślę — że mleko — nie tylko pomogło Julii rosnąć i zdrowieć. Walka o mleko — pomogła również i mnie. Miałam cel. Mogłam się na nim skupić, mogłam się w nim zatracić, żeby nie zwariować. Dzięki temu miałam choć odrobinę poczucia sprawczości.
Walczyłam o każdą kroplę mleka. W kuchni mlecznej w szpitalu na Polnej w Poznaniu, w domu — na kanapie. Nieprzytomna — w środku nocy również. W samochodzie i tam, gdzie tylko mogłam — nie chciałam pominąć żadnej sesji — bo mleka miałam cały czas na styk lub było go zbyt mało. Jednym słowem — nie przelewało mi się. 😉 A chciałam — bardzo chciałam karmić córkę swoim mlekiem, a w przyszłości piersią.
Próbowałam wszystkiego. Testowałam, edukowałam się. Na temat KPI — internet przeczytałam od deski do deski. Ze dwa razy. Szukałam pocieszenia w grupach na social mediach, czytałam pozytywne historie o wcześniakach i ich mamach, którym udało się karmić swoje maleństwa.
Wtedy nie wiedziałam jeszcze o tym, jak bardzo spięte jest moje ciało, jak bardzo odłączony umysł oraz jak to wszystko razem wpływa na ilości mleka, oraz jego swobodny wypływ. Bardzo żałuję, że nie byłam jeszcze wtedy aż tak świadoma, by wiedzieć, jak bardzo to, co w głowie — wpływa na ciało. I że pobudzenie odpowiednich hormonów, wspierających wypływ mleka i laktacji — zaczyna się właśnie w głowie.
Miałyśmy w tym wszystkim jednak trochę szczęścia. Na tyle, jak tylko mogłam — pilnowałam, żeby Julia karmiona była (kiedy to nie ja ją karmiłam) – smoczkiem z wolnym przepływem. Pielęgniarki i lekarze wiedzieli, że zależy mi na karmieniu piersią. Wiedzieli również, że walczę o każdą kroplę mleka i że idzie mi to dość opornie (zdarzało mi się przywozić mleko w środku nocy, żeby było na rano, i nie było go nigdy „na górkę”…). Zagrzewali mnie bardzo do walki (za co jestem im niezmiernie wdzięczna). Dlatego, pomimo zbyt niskiej, do karmienia piersią, wagi Julci, kiedy tylko zauważyli jej bardzo silny odruch ssania — zaproponowali mi przystawienie jej do piersi, aby pobudzić laktację.
Z ogromną radością — przystawiłam córcię do piersi. Było to dopiero po trzecim tygodniu jej życia. Położna Laktacyjna (która towarzyszyła mi w tej ważnej dla nas chwili) tłumaczyła mi, że nie mam się spodziewać, że ją nakarmię. Była zbyt mała (wydatek energetyczny podczas ssania był większy, niż liczba dostarczonych z mleka kalorii) i zbyt słaba, żeby móc się najeść. Chodziło jedynie o kontakt z jej śliną i o wytworzenie hormonów odpowiedzialnych za rozkręcenie laktacji. Miało być szybko i bez wielkich nadziei. Jednak stało się coś nieoczekiwanego. Julia złapała pierś — jak dużo większe, zaprawione już w boju dziecko i ssała z takim zapamiętaniem, że aż położna zawołała obecnych na sali lekarzy. Wszyscy byli w szoku. Ktoś skwitował ten widok słowami „natura jednak wie, co robi”. Julcia opróżniła całą pierś, nie chciała jej puścić. Była do tego stworzona. Przez kilka kolejnych odciągań laktatorem — ilości były zdecydowanie większe, choć i potrzeby rosły z dnia na dzień.
Julia spędziła 40 dni w szpitalu. 40 trudnych dni rozłąki — pełnych emocji i walki (nie tylko mojej — przede wszystkim jej). Po powrocie do domu — nadal potrzebowałam ściągać pokarm — aby dodawać do niego wzmacniacz (z witaminami oraz dodatkowymi kaloriami) – trwało to dobre 2 miesiące. Było to trudne, bo Julia zdecydowanie domagała się piersi, przy butelce grymasiła, wypluwała ją, aż w końcu zupełnie ją odrzuciła.
Pomimo ogromnych trudów, stresu, emocji, walki, nieprzespanych nocy, przepłakanych godzin nad laktatorem — ta historia kończy się happy endem. Karmiłam Julkę piersią długo. Bardzo długo… 🙂
Na pożegnanie z mleczkiem mamy, napisałam dla niej wiersz. Jeśli masz ochotę — przeczytaj — wrzucam Ci go poniżej.

Najmocniej na świecie trzymam kciuki za Wasz happy end. Niezależnie od tego, czy wybierzesz kp, czy kpi. Czy będziesz karmić chwilę, czy długo.
Niech relaksacje na laktacje i mleko będą z Wami! ;D
